Kategoria: Cykl podróżniczy

W cieniu Alp – antropologia, ser i czekolada

W cieniu Alp – antropologia, ser i czekolada

Drodzy czytelnicy, drogie czytelniczki

Prezentujemy Wam pierwszy tekst z cyklu Kartki z podróży”, w którym publikować będziemy relacje, wspomnienia refleksje antropologów oraz antropolożek z różnorakich wyjazdów. Mamy nadzieję, że lektura proponowanych przez nas tekstów okaże się ciekawa i przyjemna. Zachęcamy do śledzenia naszej działalności publikacyjnej, która będzie się stopniowo rozwijać również o inne formy. Oczekujemy na komentarze, pytania i propozycje, które wysyłać można na adres etnologia.wroclawska@gmail.com.

Zespół redakcyjny

Złe miłego początki

Pomysł na wyjazd zagraniczny w ramach programu Erasmus+ pojawił się późno, na kilka dni przed końcem pierwszego terminu rekrutacyjnego. Od samego początku moje przygody z biurokracją przebiegały więc zgodnie z zasadą „na ostatni moment”. Fakt, iż większość podań, umów, listów motywacyjnych i innych ciekawych druków wypełniałem podczas ostatniego semestru studiów licencjackich, pomiędzy zamieszaniem wokół obron i ostatnich egzaminów, potrafił doprowadzić mnie na skraj załamania nerwowego. Szwajcaria, a dokładniej Uniwersytet w Bernie, na który padł wybór, wydawał się najciekawszą opcją, chociaż równie długo zastanawiałem się nad Estonią. Z perspektywy czasu, decyzji tej nie żałuję, ale pozwólcie wtrącić tutaj kilka słów ostrzeżenia. Konfederacja Szwajcarska jedynie współpracuje z programem Erasmus+, więc rekrutacja do tamtejszych jednostek akademickich odbywa się na trochę innych zasadach niż w przypadku krajów Unii Europejskiej. Gdy dodamy do tego czynnik polski, a więc sytuację, w której nikt nic nie wie, całość szybko zaczyna przypominać próbę grania w szachy z gołębiem. Wspomnę jedynie, że podczas wymiany zdążono mnie skreślić z listy studentów na Uniwersytecie Wrocławskim, a wpis na kolejny semestr po powrocie uzyskałem warunkowo. Osobom zainteresowanym przygodami z tym biurokratycznym smokiem z chęcią ponarzekam w cztery oczy, w zamian za kubek dobrej kawy.

 

Akademik – miejsce spotkań

W cieniu Alp znalazłem się 1 września 2016 roku, z perspektywą spędzenia kolejnych dwóch tygodni na poznawaniu okolicy, semestr zaczynał się bowiem 15 września. Ceny wynajęcia pokoju w Bernie zaczynają się od 450 franków, co przy dużym szczęściu pozwala ulokować się w dobrej okolicy o kilkadziesiąt franków taniej, niż w akademiku. Szczęście mi jednak nie sprzyjało – wszystkie miejsca, które sprawdziłem, były już zabukowane. Pozostawało więc wybrać jeden z akademików. Wybór padł na Fellergut, siedmiopiętrowy budynek, znajdujący się przy stacji Bümpliz Nord, co umożliwiało dogodny dojazd na uniwersytet, w 15 minut koleją miejską. Pokój, w którym miałem spędzić kolejne pięć miesięcy nie był być może prezydenckim apartamentem, ale swoje zadanie spełniał. Łóżko, szafa, kilka skrzynek na różne szpargały, umywalka – to wystarczało, aby żyć w relatywnym komforcie. Ulokowany byłem po prawej, „złotej”, stronie piętra. Od lewej, „srebrnej”, różniła się ona tym, iż u „złotych” jedna łazienka przypadała na dwa pokoje, „srebrni” zaś musieli się zadowolić czterema prysznicami i toaletami na całe piętro. Wygodna ze mnie bestia – w zamian za spokój ducha byłem więc gotów wydać dodatkowe kilkadziesiąt franków miesięcznie. Owe wygody przyszło mi dzielić z Mustafą, studentem filologii niemieckiej, człowiekiem – podobnie jak ja – spokojnym i lubiącym ciszę. Nie wchodziliśmy więc sobie w drogę, głównie wymieniając pozdrowienia, czy okazyjnie rozmawiając przy spotkaniach we wspólnej kuchni lub pralni. Główną siłą, eskadrą do zadań specjalnych naszego trzeciego piętra były Hiszpanki i Włoszki, dość często imprezujące do wczesnych godzin porannych. Sam trzymałem się bardziej z piętrem piątym, gdzie ulokowana została pokaźna grupa Amerykanek i Amerykanów. Pierwszego z nich, Chrisa, poznałem gdy błąkał się po okolicy, szukając okazji do zrobienia zakupów. Niestety, do miasta dotarł w niedzielę, czyli w dzień bezwzględnego zakazu handlu (zamknięte jest wszystko, oprócz stacji benzynowych i sklepów, lokali gastronomicznych, działających na dworcu głównym). Bogatszy o kilka dni doświadczeń, nakarmiłem wędrowca ryżem z fasolą – daniem może nie wykwintnym, ale sycącym. Jak wkupywać się w łaski, to tylko jedzeniem!
Grupa „erasmusów”, która przybyła na jesień 2016 do Berna liczyła około 120–130 osób z różnych części świata. Swoich przedstawicieli i swoje przedstawicielki miały bowiem wszystkie kontynenty. Większość osób, tak jak i ja, trafiła do Fellergut. Nie twierdzę, abym wszystkich poznał osobiście, ale po kilku imprezach integracyjnych, tworzyliśmy już dość zgraną ekipę, szczególnie, że Fellergut posiadał jedną, znaczącą przewagę nad innymi akademikami: dużą, wspólną salę na parterze, wyposażoną m.in. w stół do tenisa i kilka innych udogodnień. Z tego względu, większość erasmusowych spotkań towarzyskich, odbywała się właśnie tam. Na ogół kończyło się spokojnie, z podziałem na mniejsze podgrupy, które rozchodziły się po pokojach czy kuchniach lub wychodziły ,,na miasto”, ale kilkakrotnie masa krytyczna została osiągnięta – energia ponad 100 osób bywa trudna do zatrzymania, więc nie obyło się bez wizyt miłych panów w mundurach. Pozwólcie, iż dokładniejsze szczegóły pominę.

 

Miasto i uniwersytet w kilku oszczędnych zdaniach

Poetą nigdy nie byłem, więc nie będę tworzył konstrukcji o efemerycznym pięknie całego kompleksu miejskiego. Pozwolę sobie jednak na następującą uwagę – widok na Alpy wart jest każdej złotówki i każdego franka. Samo miasto zaś, liczące jedynie ok. 130 tysięcy mieszkańców jest na tyle kameralne, że pieszo można je zwiedzić w ciągu tygodnia – co zdecydowanie polecam zrobić. Wypoczynek na plażach miejskich przy rzece Aare, oglądanie panoramy miasta z uniwersyteckich błoni czy wyszukiwanie kameralnych kawiarenek w zaułkach średniowiecznej zabudowy centrum, to aktywności, które na długo zapadają w pamięć. Berno położone jest na kilku małych wzgórzach, co sprzyja wyrabianiu kondycji, szczególnie, że najpopularniejszym sposobem poruszania się po mieście jest jazda rowerem. Taki magiczny wehikuł można nabyć na odbywających się cyklicznie rowerowych targach. Jest to dobra alternatywa dla komunikacji miejskiej, albo raczej dla jej kosztów. Miesięczny bilet na wybraną linię kosztuje 60 franków, za rower w dobrym stanie technicznym zapłacimy zaś od 100 do 130 – co zwróci się nam po dwóch miesiącach codziennej eksploatacji. Dla osób chcących pozwiedzać inne miasta, Berno stanowi idealną bazę wypadową – znajduje się mniej więcej w środku całego państwa. Rozwinięty system szwajcarskich kolei pozwala nam dotrzeć do każdej granicy w przeciągu dwóch godzin. Ze względu na dość wygórowane ceny produktów spożywczych, popularną aktywnością wśród studentów i studentek, szczególnie tych posiadających kartę Gleiss 7, pozwalającą podróżować pociągami za darmo w godzinach 19.00–5.00, było jeżdżenie na zakupy do Niemiec. Wsiadało się w pociąg do Bazylei chwilę po 19.00, wysiadało na miejscu około 20.30, przechodziło do graniczącego z nią niemieckiego Weil am Rhein i wracało jednym z późniejszych pociągów do Berna w okolicach 23.00. Poświęcając kilka godzin i robiąc odpowiednio duże zapasy, można było zaoszczędzić kilkadziesiąt franków.
Kampus uniwersytecki liczy kilka – oddalonych od siebie od kilkudziesięciu metrów do lekko ponad kilometra – budynków, znajdujących się w górnej części miasta. Podróż między nimi nie zajmuje jednak więcej niż 10–15 minut spacerowym tempem. Instytut Antropologii Społecznej, w którym odbywała się większość moich zajęć, znajduje się na drugim piętrze Unitobleru, budynku z pokaźną biblioteką, którą odwiedzałem rzadziej, niż bym chciał, i mensą, sprzedającą obiady, kawę oraz ciasto w akceptowalnych dla mnie cenach. Wszystkie pomieszczenia posiadają rzutniki, dużą ilość kontaktów, wieszaki czy kran z bieżącą wodą. Butelkowanej wody w Szwajcarii raczej się nie pija, kranówka jest czysta i smaczna, dlatego też większość studentów i studentek porusza się po mieście z litrowymi bidonami przypiętymi do pasków spodni, co początkowo wygląda dość zabawnie.

 

Jak się miewa szwajcarska antropologia?

Najprościej mówiąc – dobrze. Pod względem instytucjonalnym dużo lepiej niż nasza. Nie spodziewałem się jednak niczego innego od kraju o takim poziomie zamożności, posiadającego osiem uczelni w szanghajskim rankingu Top 500, pięć zaś w pierwszej setce. Mógłbym pisać tutaj o ciekawych projektach, z którymi się spotkałem (np. „Ethnokino”), opisywać uczonych i uczone, przyjeżdżające wygłaszać prezentacje i sympozja, lecz ponieważ bałbym się, iż nie starczy mi miejsca, powiem tylko, że działo się dużo.
Odwołując się do bezpośrednich doświadczeń związanych ze studiowaniem w dwóch krajach, muszę stwierdzić, iż różnica poziomów jest zauważalna. Nie jest to jednak przepaść nie do przeskoczenia. Ścieżka anglojęzyczna, którą podążałem, była nieco ograniczona   w porównaniu do niemieckojęzycznej – spośród około dziesięciu dostępnych przedmiotów miałem wybrać pięć (opcji niemieckich było zaś blisko trzydzieści). Plan układa się samemu, wybierając interesujące nas pozycje, co wymaga pewnej gimnastyki, aby zgrać ze sobą odpowiednio godziny zajęć oraz liczbę uzyskiwanych za nie punktów ECTS.
Zdecydowałem się na: Liberty, equality, solidarity; The eternal city? Anthropology and the cityscape; Greece and the European „debt crisis”; Ethnography – intensive methods course oraz Time and the anthropologist. Najciekawszym wyborem z tej piątki okazał się cykl seminaryjny Time and the anthropologist, opierający się na krytycznym opracowywaniu artykułów z zakresów tematycznych, takich jak antropologia historyczna, zależności antropologii i czasu, czasy kryzysu w narracjach antropologicznych, mobilność, czas w ujęciu różnych kultur i inne. Ilość anglojęzycznych tekstów – w dużej mierze współczesnych – jaką przyswoiłem w ciągu jednego semestru tych oraz innych zajęć, spokojnie sięga setki, i jest to chyba największa wartość całego wyjazdu. Co oczywiste, większości z nich nie pamiętam tak dobrze jakbym chciał, ale pozwoliło mi to na zbudowanie solidnej bazy tematów na przyszłość – szczególnie, że zdecydowaną większość z ich posiadam ciągle bezpiecznie zapisaną na twardym dysku. Możecie się zastanawiać, jak to możliwe. Otóż Uniwersytet Berneński, poprzez platformę ILIAS, udostępnia wszystkie materiały potrzebne na dane zajęcia, i to nie tylko w dostępie cyfrowym, ale również do pobrania w formacie PDF. Nie ma więc możliwości tłumaczenia się w tak lubiany u nas sposób: „przepraszam, nie mogłem dotrzeć do tekstu”. Podobnie rozwiązywana jest kwestia wszelakich zadań czy esejów – udostępniamy je przez ww. platformę, otrzymując ocenę oraz feedback w prywatnej wiadomości. Ma to również swoje minusy: jeżeli przegapi się datę zamknięcia się systemu, nie jest różowo i trzeba się nagimnastykować, aby swój esej dostarczyć prowadzącemu lub prowadzącej w inny sposób.
Każdy z wybranych przeze mnie kursów kończył się tekstem zaliczeniowym – najkrótszym na min. pięć stron, najdłuższym zaś na co najmniej piętnaście, co spowodowało, że w styczniu napisałem łącznie jakieś 45–50 stron. Brrr, koszmary mamy do dzisiaj. Udało mi się jednak zachować równowagę psychiczną i wysłać wszystkie w odpowiednich terminach – chociaż na oceny z niektórych z nich musiałem czekać aż do kwietnia. Dlaczego? Otóż, studenci z uniwersytetem rozliczają się rocznie, nie semestralne, część wykładowców zaś wraca do swoich krajów po zakończeniu zajęć, co sprawia, że cały proces trwa i trwa. Warto mieć to na uwadze, jeżeli ktoś rozważa wyjazd do Szwajcarii.

 

Co z tym serem i czekoladą?

Jeżeli ktoś, tak jak i ja, ma dużą słabość do wyżej wymienionych produktów, powinien mieć się na baczności. Są wspaniałe, a ich różnorodność przyprawia o zawroty głowy. Ze względu na dość wysokie koszty życia, przez cały wyjazd straciłem kilka kilogramów, ale sam cholesterol niebezpiecznie poszedł w górę – nie mogłem powstrzymać się od próbowania wszelkiego rodzaju pleśniaków, długodojrzewających pyszności i innych wynalazków. Gorzką czekoladę uwielbiam, nie obyło się więc bez kilku kostek do każdej kawy. Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że nie był to najzdrowszy tryb odżywiania – czekolada, ser, makaron i pomidory w puszkach – tak wyglądała moja dieta na początku. Te dwie ostatnie pozycje były najtańsze – kilogram makaronu można było dostać w okolicy franka, maksymalnie dwóch, zaś pomidory w puszce za 40–50 rappenów. Dla porównania, za 300 gramów piersi z kurczaka (czyli najtańszego mięsa) należało zapłacić w okolicach 5—6 franków. Rachunek ekonomiczny był tutaj dość prosty. Stopniowo nauczyłem się: po pierwsze, jeździć na zakupy do niemieckich sąsiadów, i po drugie, gotować wspólnie z innymi towarzyszami niedoli. Przy odpowiednim planowaniu, można było wyczarować całkiem zbilansowany, dwu- trzydaniowy posiłek, w okolicach 3–4 franków na głowę – oparty jednak przeważnie na warzywach. Wieczory, gdy większość danego piętra zbierała się na wspólnym gotowaniu, wymieniając się różnymi przepisami bądź skupiając wokół jednego kucharza bądź kucharki, którzy danego wieczoru przejmowali władzę w kuchni, należą zdecydowanie do jednych z milszych wspomnień.
Miłośnicy wina również nie powinni być zawiedzeni, wybór jest oszałamiający, ceny atrakcyjne, a półki z różnymi rodzajami tego trunku zajmują większość działów alkoholowych szwajcarskich sklepów. Bliskość Francji i Włoch, a także własne winnice sprawiają, że można by tam spędzić dziesięć lat i nie spróbować wszystkiego. Piwoszy muszę nieco zmartwić – sieciówki nie oferują niczego ciekawego, zaś lokalne piwa kraftowe istnieją, lecz ich ceny są dość zatrważające. Żywienia się na mieście częściej, niż raz- lub dwa razy w tygodniu, poza studenckimi mensami, również bym nie polecał. Rachunek za dwudaniowy obiad spokojnie może wynieść 30 franków, a jest to kwota, za którą, odpowiednio planując, można spokojnie przetrwać tydzień.

 

Czas podróżowania, czas integracji

Szwajcaria to piękny kraj, co mam nadzieję widać na załączonych zdjęciach, a wycieczki po górach potrafią dostarczyć niezapomnianych wrażeń. Korzystając z dobrej pogody, jesienią zrobiłem dobre 130–140 kilometrów po Alpach. Praktycznie nie było weekendu, aby jakaś grupa nie wybierała się na wycieczkę na Matterhorn, do Interlaken czy Grindelwald. Wyprawę wzdłuż szlaku trzech jezior przypłaciłem paskudnymi otarciami. Liczy ona wszak 60 kilometrów – nam udało się w ciągu jednego dnia przejść dokładnie 42, wychodząc z Murten i dochodząc do Estavayer-le-Lac. Wielkie uznanie należy się berneńskiemu oddziałowi Erasmus Student Network, który trzymał rękę na pulsie i organizując różnorakie wydarzenia, od wieczorów zapoznawczych, przez górskie wyprawy i wspólne wyjazdy na narty, po zwiedzanie innych miast, nie pozwalał się nudzić i integrował całą społeczność. Czego jak czego, ale dokładności i organizacji można Szwajcarom pozazdrościć.

 

Słowem podsumowania

Pięć miesięcy spędzonych na szwajcarskiej ziemi było wspaniałą przygodą, zarówno z czysto turystyczno-podróżniczego, jak i akademickiego punktu widzenia. Żałuję jedynie, iż nie mogę powiedzieć zbyt dużo o samym szwajcarskich społeczeństwie. Pozostawałem częścią grupy studentów Erasmusa, nie wychodząc zbytnio poza ramy relacji, jakie były mi przez taki status narzucane. Mogę jednak pokusić się tutaj o pewną obserwację – o ile osoby zaangażowane w ESN Bern spędzały z nami dużo czasu, o tyle szwajcarscy studenci spotykani na zajęciach, zawsze mili i pomocni, nie wyrażali specjalnej ochoty do zawiązania z nami bliższych znajomości. Można było odnieść wrażenie, iż nie interesowaliśmy ich zbytnio. Taki grzeczny, miły ale jednak dystans, odczuwalny był również w relacjach z pracownikami Uniwersytetu, urzędnikami czy sprzedawcami – okazywali się pomocni w ramach swoich obowiązków, pozostawali jednak raczej obojętni wobec naszej obecności. Nie mam odpowiednich danych aby wyrokować o takich sprawach, kolejne zdanie nie będzie więc niczym więcej niż tylko prywatną opinią, opartą o tzw. przedświadczenia, powiedziałbym jednak, że może to być ogólna, popularna strategia obywateli kraju nie będącego jednolitym pod względem językowymi i religijnym. Szwajcarzy stanowią zaledwie 75% ludności Konfederacji Szwajcarskiej, pozostałe 25% to obywatele innych krajów, o różnych statusach prawnych, od migrantów zarobków, przez expatów, po uchodźców.
Wyjazd na wymianę studencką do Berna mogę z czystym sumieniem polecić, chciałbym jednak zwrócić jeszcze raz uwagę na wysokie koszty życia i pewne elementy działalności uniwersytetów, które mogą okazać się problematyczne w rozliczeniu semestru, gdy już wrócimy ze swoich wojaży. Stypendium od rządu szwajcarskiego, które otrzymałem (w przypadku wyjazdu do Szwajcarii pieniądze wypłaca tamtejszy rząd, nie pochodzą one bezpośrednio z programu Erasmus+), pozwoliło mi na pokrycie kosztów zakwaterowania. Dodatkowe 600 zł miesięcznie, otrzymywane ze stypendium rektorskiego Uniwersytetu Wrocławskiego służyło za kieszonkowe na podstawowe wydatki, nie pozwalało jednak się utrzymać. Chcąc podróżować, zwiedzać i cieszyć się wyjazdem, musiałem dopłacać średnio około 1000 zł miesięcznie z własnych środków. Ta bariera finansowa może być dla Was główną przeszkodą, jednak jeżeli tylko możecie sobie pozwolić na taki wydatek, Szwajcaria jest tego warta. Wątków, o których nie napisałem, jest całe mnóstwo, i mógłbym zapełnić nimi jeszcze wiele stron, nie sądzę jednak, aby miało to większy sens – niewykonalnym, w moim mniemaniu, jest opowiedzenie o swoich doświadczeniach z okresu pięciu miesięcy. Mam nadzieję, iż powyższy tekst był chociaż w pewnym stopniu interesujący; nigdy nie uznawałem siebie za uzdolnionego felietonistę. Żałuję, iż elementy antropologiczne nie są tutaj bardziej obecne, w założeniu miała to być jednak relacja, nie artykuł. Być może pokuszę się o bardziej naukową refleksję w przyszłości. Kończąc ten wywód, chciałbym pozostawić Was z krótki apelem. Miejcie odwagę podróżować i nie zapomnijcie podzielić się wrażeniami, najlepiej poprzez naszą stronę.
Patryk Wojciechowski

Wszystkie zdjęcia zostały wykonane przez autora.